Przez lata odpowiedź na ten problem była kosztowa. Liczyło się, ile kosztuje roboczogodzina i kto da taniej. Ostatnie dwa lata tę rozmowę przestawiły.
Rynek ofert odbił, rynek kandydatów nie nadążył
Raport justjoin.it „Trendy rekrutacyjne w sektorze: Outsourcing IT" pokazuje ostre odbicie po zapaści. W 2024 roku liczba ogłoszeń w sektorze outsourcingu IT spadła do 9 098. W 2025 wróciła do rekordowych 18 502 aktywnych unikalnych ogłoszeń. W samym pierwszym kwartale 2026 opublikowano 11 558 ogłoszeń wobec 4 700 rok wcześniej.
Kluczowa jest druga strona tego zestawienia. Liczba aplikacji też rośnie, ale znacznie wolniej niż liczba ofert. Na jedno stanowisko przypada coraz mniej kandydatów, a procesy rekrutacyjne się wydłużają. Największe braki widać tam, gdzie potrzeba doświadczenia. Mediany płac w sektorze wzrosły w ciągu kilku lat o ponad 60%, co przewyższa inflację i wskazuje na utrzymujący się niedobór kompetencji.
Jedno zastrzeżenie do tych danych. Raport opisuje szeroko rozumiany outsourcing IT, a wymieniane w nim obszary to głównie role inżynierskie. Nie mierzy dostępności serwisantów terenowych. Traktujemy go jako tło rynkowe, nie jako pomiar tej konkretnej branży.
Dlaczego etat w odległym regionie się nie zamyka
Załóżmy, że mimo wszystko chcesz zatrudnić swojego człowieka w Bydgoszczy. Rachunek wygląda tak.
Rekrutacja trwa. Biorąc pod uwagę, że na jedno ogłoszenie przypada mniej kandydatów, kilka tygodni to optymistyczne założenie. Przez ten czas zlecenia z regionu i tak trzeba jakoś obsłużyć.
Wolumen jest nierówny. Jeden miesiąc to dwadzieścia zgłoszeń, następny trzy. Etat kosztuje tyle samo w obu.
Jedna osoba to jedna osoba. Urlop, choroba i zlecenie wymagające trzech par rąk wywracają plan. Wtedy i tak szukasz kogoś lokalnie, tylko już pod presją czasu.
Do tego dochodzi rzecz, o której łatwo zapomnieć przy planowaniu. A mianowicie znajomość terenu. Nowy pracownik uczy się dojazdów, lokalnych realiów i specyfiki obiektów przez pierwsze miesiące. To jest czas, którego nie ma w arkuszu kalkulacyjnym, ale jest w każdym spóźnionym zgłoszeniu.
Rachunek za wysyłanie ludzi z centrali
Alternatywa, czyli obsługa regionu z bazy, ma swój własny rachunek. Dwie strony po 400 kilometrów to praktycznie cały dzień pracy jednej osoby zużyty na dojazd. Do tego paliwo, amortyzacja i ryzyko, że po dotarciu na miejsce okaże się, iż potrzebna jest część, po którą trzeba wrócić.
Przy jednym zleceniu to koszt do przełknięcia. Przy kilkunastu miesięcznie robi się z tego osobna pozycja w budżecie regionu. A rosnące koszty pracownicze i paliwa działają tu w jedną stronę.
Jest jeszcze koszt, którego nie widać na żadnej fakturze. A mianowicie czas dispatchera. Przy kilkunastu wykonawcach w różnych regionach sama koordynacja pochłania spory kawałek dnia. Kto pojechał, czy dotarł, czy zrobił, czy wysłał raport.
Jednoosobowy wykonawca nie zamyka tematu
Naturalny odruch to znaleźć kogoś lokalnie na zlecenie. Bywa, że działa. Ale to rozwiązanie ma trzy typowe punkty pęknięcia.
Dostępność. Weekend, wieczór i okres świąteczny to momenty, w których zlecenia w retailu piętrzą się najbardziej, a jedna osoba ma wtedy najmniej elastyczności.
Skala. Zlecenie wymagające nagle trzech osób kończy się odmową. Wtedy i tak szukasz kogoś na już.
Dokumentacja. Twoje rozliczenie z klientem końcowym opiera się na protokole z wykonanych prac. Wiadomość „zrobione" wysłana SMS-em blokuje fakturowanie i uruchamia rundę dopytywania.
Efekt jest taki, że i tak trzymasz drugiego wykonawcę na wszelki wypadek. Czyli zarządzasz dwiema relacjami zamiast jedną, płacąc za jedną.
Rozmowa przesunęła się z ceny na przewidywalność
To jest zmiana, którą widać w rozmowach z ostatniego roku. Firmy ogólnopolskie coraz mniej patrzą na koszt roboczogodziny. Częściej na jakość usługi i na to, czy gwarantowany czas reakcji jest realnie dotrzymywany.
Powód jest prosty i wcale nie sentymentalny. Nieterminowy serwis u podwykonawcy to kara umowna wobec klienta końcowego. Ta kara zwykle przewyższa różnicę w stawce godzinowej między wykonawcami. Tania roboczogodzina, która co czwarty raz nie dowozi, jest po prostu droga.
Model, który się dziś opłaca: znaleźć i przeszkolić
Wniosek z tego wszystkiego jest mniej oczywisty, niż się wydaje. Skoro rekrutacja własnego człowieka trwa i kosztuje, a przypadkowy wykonawca nie daje powtarzalności, sensowniejsze bywa znalezienie regionalnego serwisu i przeszkolenie go pod własny standard.
To nie jest to samo co zlecanie od przypadku do przypadku. Wdrożenie partnera oznacza kilka konkretnych rzeczy.
Przekazanie standardu. Jak wygląda poprawnie wykonane zlecenie, co musi znaleźć się w protokole, w jakim formacie i w jakim czasie po wizycie.
Dostępy i narzędzia. System zgłoszeń, ewentualne konta w portalach klienta końcowego, zasady kontaktu z obiektem.
Pierwsze zlecenia pod nadzorem. Kilka realizacji, przy których jeszcze się patrzy na ręce. To najszybszy sposób, żeby wyłapać różnice w rozumieniu zakresu.
Jasna granica odpowiedzialności. Co partner rozwiązuje sam, a co eskaluje i do kogo.
Ten nakład zwraca się dopiero przy powtarzalności. Przeszkolenie wykonawcy pod jedno zlecenie nie ma sensu. Pod stały strumień zgłoszeń z regionu ma go bardzo dużo, biorąc pod uwagę, że przeszkolony partner z każdym miesiącem potrzebuje coraz mniej twojej uwagi.
Co sprawdzić, zanim powierzysz region
Cztery pytania, które warto zadać niezależnie od tego, z kim rozmawiasz.
Ile osób realnie stoi za tym regionem. Nie „mamy zespół", tylko ilu ludzi i jaka jest przepustowość miesięczna. Jedna osoba w umowie to jedno ryzyko.
Kto odbiera telefon. Jeden koordynator prowadzący zlecenie od zgłoszenia do raportu, czy kilku wykonawców, do których trzeba dzwonić po kolei. To jest różnica w twoim czasie administracyjnym, nie w cenie roboczogodziny.
Jaka jest realna terminowość. Nie deklaracja, tylko liczba. I pytanie uzupełniające. A mianowicie co się dzieje, gdy zlecenie wymaga nagle więcej ludzi niż zwykle.
Co dostajesz po zleceniu. Protokół z datą, godziną rozpoczęcia i zakończenia, wykazem czynności i podpisem klienta. Taki, który wchodzi wprost w twój proces rozliczeniowy.
Region przestał być pozycją do obsadzenia
Kilka lat temu odpowiedź na pytanie o odległy region brzmiała: zatrudnić kogoś na miejscu albo wozić własnych ludzi. Dziś rynek pracy tę pierwszą opcję wyraźnie utrudnił, a koszty tę drugą.
Zostaje trzecia. Znaleźć wykonawcę, który już zna teren, i wdrożyć go w swój sposób pracy. To decyzja operacyjna, nie kosztowa. I tak jest dziś najczęściej podejmowana.
PaverNet obsługuje zgłoszenia serwisowe w terenie dla firm ogólnopolskich na terenie województwa kujawsko-pomorskiego. Jeśli szukasz stałego partnera w tym regionie, warunki współpracy opisujemy na stronie partnera serwisowego.